Miałam napisać o przygodzie na trasie Katowice-Clermont...no to piszę. O ile dobrze pamiętam, wg rozkładu autobus miał wyruszyć z dworca PKS w Katowicach o godzinie 13.30, a na miejsce docelowe, czyli Gare Routiere w Clermont miał dotrzeć ok. 17 następnego dnia. Wszystko pięknie, ładnie, ale rozkład a rzeczywistość to niestety dwie różne rzeczy (przyznaję nie do końca z winy InterCars, ale należytej staranności to oni nie dołożyli).
Z tonu mojej wypowiedzi domyślacie się pewnie, że nie dojechaliśmy do C-F na czas...ale może po kolei. Pierwszym znakiem, że coś może pójść nie tak, był padający od samego rana śnieg. Niby nic nadzwyczajnego pod koniec grudnia...a jednak. Wcześniej tamtej zimy za bardzo śnieg nie padał, i w dzień naszej podróży była kumulacja, która spowodowała, że autobus nie wyruszył z Katowic o 13.30, ale grubo po 17...Jechał aż z Przemyśla, a zima jak to zima zaskoczyła drogowców, no i nic się nie dało zrobić.
Pierwszą przesiadkę mieliśmy zaplanowaną na Wrocław, właśnie tak w okolicach 17/18, zorganizowaną jak to się w branży nazywa "drzwi w drzwi"...Autobus na nas poczekał, tylko że na dworcu PKS było takie zamieszanie, że cudem udało nam się go odnaleźć i zapakować nasze klamoty...Nie będę tu już wspominać, o przemoczonych butach, zmarzniętych palcach itp.
Druga przesiadka (już ostatnia na szczęście) była planowana na 2 lub 3 rano (już nie pamiętam dokładnie) w Strasbourgu. Czyli licząc to nasze opóźnienie z Polski powinniśmy tam dojechać na 6 lub 7. Niestety los znowu nam nie sprzyjał. Kilkadziesiąt kilometrów przed Strasbourgiem stanęliśmy w gigantycznym korku na niemieckiej autostradzie, bo pech chciał, że akurat wywróciła się jakaś cysterna i spowodował sporo zamieszania. Ostatecznie byliśmy w Strasbourgu ok.9...szykowaliśmy się już do przesiadki, kiedy powiedziano nam, że jedziemy dalej tym samym autobusem aż do Dijon...co tam miało nastąpić nikt nam na razie nie mówił...ja myślałam o "przesiadce drzwi w drzwi" chociaż. Little did I know, how I was wrong;)
Gdy dotarliśmy do Dijon (ok.17), zostaliśmy wysadzenie z autobusu (tak, z tym ogromem klamotów) i skierowani do biura InterCars (oddalonego jakieś 2 min spaceru bez klamotów, a z bagażami wyszło jakieś 10, uff, uff). Tam jakaś pani poszła z nami na dworzec SNCF (nasz PKP) i kupiła nam bilety do Clermont, oczywiście z przesiadką...
Do dziś nie wiem jakim cudem na każdym dworcu udało nam się wejść na peron, wejść do pociągu i potem wysiąść...była nas spora grupka i jakoś razem dotachaliśmy się z wszystkim do Clermont (godzina 23.55).
Tam na szczęście czekał na nas właściciel mieszkania i była tak miły (czekał od 17 na Gare Routiere, a przyjechałyśmy o 23.55 na Gare SNCF), że podwiózł nas tam (20 min bez klamotów).
Na koniec krótkie rozliczenie z przewoźnikiem:
- opóźnienie, no cóż siła wyższa
- brak informacji o podróży, po prostu słaba obsługa klienta
- bilety na pociąg, owszem środek zastępczy, ale po to brałam autobus, żeby nie martwić się jak się zabiorę z tym moim ogromniastym bagażem
Z tonu mojej wypowiedzi domyślacie się pewnie, że nie dojechaliśmy do C-F na czas...ale może po kolei. Pierwszym znakiem, że coś może pójść nie tak, był padający od samego rana śnieg. Niby nic nadzwyczajnego pod koniec grudnia...a jednak. Wcześniej tamtej zimy za bardzo śnieg nie padał, i w dzień naszej podróży była kumulacja, która spowodowała, że autobus nie wyruszył z Katowic o 13.30, ale grubo po 17...Jechał aż z Przemyśla, a zima jak to zima zaskoczyła drogowców, no i nic się nie dało zrobić.
Pierwszą przesiadkę mieliśmy zaplanowaną na Wrocław, właśnie tak w okolicach 17/18, zorganizowaną jak to się w branży nazywa "drzwi w drzwi"...Autobus na nas poczekał, tylko że na dworcu PKS było takie zamieszanie, że cudem udało nam się go odnaleźć i zapakować nasze klamoty...Nie będę tu już wspominać, o przemoczonych butach, zmarzniętych palcach itp.
Druga przesiadka (już ostatnia na szczęście) była planowana na 2 lub 3 rano (już nie pamiętam dokładnie) w Strasbourgu. Czyli licząc to nasze opóźnienie z Polski powinniśmy tam dojechać na 6 lub 7. Niestety los znowu nam nie sprzyjał. Kilkadziesiąt kilometrów przed Strasbourgiem stanęliśmy w gigantycznym korku na niemieckiej autostradzie, bo pech chciał, że akurat wywróciła się jakaś cysterna i spowodował sporo zamieszania. Ostatecznie byliśmy w Strasbourgu ok.9...szykowaliśmy się już do przesiadki, kiedy powiedziano nam, że jedziemy dalej tym samym autobusem aż do Dijon...co tam miało nastąpić nikt nam na razie nie mówił...ja myślałam o "przesiadce drzwi w drzwi" chociaż. Little did I know, how I was wrong;)
Gdy dotarliśmy do Dijon (ok.17), zostaliśmy wysadzenie z autobusu (tak, z tym ogromem klamotów) i skierowani do biura InterCars (oddalonego jakieś 2 min spaceru bez klamotów, a z bagażami wyszło jakieś 10, uff, uff). Tam jakaś pani poszła z nami na dworzec SNCF (nasz PKP) i kupiła nam bilety do Clermont, oczywiście z przesiadką...
Do dziś nie wiem jakim cudem na każdym dworcu udało nam się wejść na peron, wejść do pociągu i potem wysiąść...była nas spora grupka i jakoś razem dotachaliśmy się z wszystkim do Clermont (godzina 23.55).
Tam na szczęście czekał na nas właściciel mieszkania i była tak miły (czekał od 17 na Gare Routiere, a przyjechałyśmy o 23.55 na Gare SNCF), że podwiózł nas tam (20 min bez klamotów).
Na koniec krótkie rozliczenie z przewoźnikiem:
- opóźnienie, no cóż siła wyższa
- brak informacji o podróży, po prostu słaba obsługa klienta
- bilety na pociąg, owszem środek zastępczy, ale po to brałam autobus, żeby nie martwić się jak się zabiorę z tym moim ogromniastym bagażem
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz